Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Małgorzata Rydzyńska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Małgorzata Rydzyńska. Pokaż wszystkie posty

środa, 27 maja 2015

Złoty Smok. Recenzja.

Już kilka razy w tym sezonie to, co widziałam na scenie różniło się znacznie od tego, czego się spodziewałam idąc do teatru. Czasami było to zaskoczenie negatywne, częściej pozytywne.
Złoty Smok pobił wszelkie rekordy.


Recenzja była emitowana na antenie Radia Olsztyn 13.05.2015r. w Olsztyńskim Tygodniku Teatralnym.


"Wydawało mi się, że wszystko już widziałam", kręcąc głową powiedziała znajoma, z którą wychodziłam z teatru. A ponieważ daleka jestem od stwierdzenia, że i ja widziałam wszystko, więc trudno mnie zaskoczyć, przyznaję od razu, że mocno mnie oszołomił Złoty Smok, najnowsza propozycja Sceny Margines.
I od razu też dodam, że trudno pisać o tej sztuce tak, żeby nie zdradzić zbyt wiele – a nie chcę państwu odbierać przyjemności zaskoczenia, szukania odpowiedzi i pytań, jakie należy sobie siedząc na widowni postawić.

Tytułowy Złoty Smok to chińsko–tajsko–wietnamska restauracja, nad którą wznosi się budynek. Kilka pięter, kilkanaście mieszkań, kilkudziesięciu mieszkańców i ich opowieści, pozornie nie związane ze sobą, z których wyłania się wspólna historia, oglądana z różnych miejsc, opowiadana na kilka głosów – i to jak opowiadana! Śpiewem, tańcem, krzykiem, szeptem.
Kilkuosobowa chińska rodzina, dwie stewardessy, sklepikarz, pijący z rozpaczy mąż i porzucająca go żona i wreszcie niemal żywcem wyjęci z bajki La Fontaine'a Mrówka i Pasikonik – to wszystko rozpisane na pięcioro aktorów. Tak, rachunek może się nie zgadzać, ale to nie szkodzi, nie ma znaczenia. Nie ma znaczenia płeć, kostium, rekwizyt. Komedia omyłek? Nic z tych rzeczy. Oniryczny, absurdalny, post–postmodernistyczny koktajl, zlepek obrazów i dźwięków. Najpierw wygląda to jak wygłup, żart, przeciągająca się próba. Sens pojawia się później, jak łódź z uchodźcami na dalekim oceanie, jak ludzki ząb na dnie zupy w chińsko–tajsko–wietnamskiej restauracji. I wtedy kończą się wygłupy.


Rzeczownikiem "człowiek" rządzą przypadki. To one rzucają nas w jakiś punkt czasu i przestrzeni, wybierają po której stronie granicy jesteśmy, czy zamawiamy dania z karty, czy stoimy na zmywaku. Czy jesteśmy mrówką skrzętną, bogatą, czy lekkoduchem pasikonikiem, zdanym na łaskę innych.
Reżyser Iwo Vedral przestawił o 90 stopni scenę i widownię, aktorom założył przypadkowe kostiumy, dorzucił garść przedmiotów. I z tego pozornego chaosu ulepił Złotego Smoka. Spektakl, który zapiera dech. A przy tym zaskakująco mało wymagający od widowni – jeśli kogoś jakimś cudem nie zmusi do głębszych refleksji, to przynajmniej rozbawi piosenkami. I tym, że blondynka pokazuje biust.
Fantastyczne są w tym spektaklu kobiety – demoniczna lub naiwna Joanna Fertacz i Małgorzata Rydzyńska, którą widziałam wcześniej jako rozpustną zakonnicę i nie całkiem niewinną nastolatkę, ale dopiero tu, w Złotym Smoku, w tej przedziwnej podwójnej roli kupiła mnie bez reszty. Jej monolog o powrocie do domu jest wstrząsający i piękny, zapada w pamięć na długo.
Świetni są również mężczyźni – kapitalnie obsadzony Jarosław Borodziuk, Grzegorz Gromek, co jakiś czas kradnący innym całe show i zaskakujący Dominik Jakubczak, i zabawny, i wzruszający. Mam wrażenie, że nareszcie otworzył się i pokazał swoje możliwości, udowodnił, że potrafi zagrać wszystko – nawet młodą chudą Chinkę.

Zdjęcia pochodzą ze strony Sceny Margines.

Trudno byłoby jednym zdaniem powiedzieć, jak jest Złoty Smok. Wychodzi z ramki, z każdej strony. Jest wyjątkowy, a przede wszystkim idealnie nadający się do tego, by być wizytówką Sceny Margines – taka przecież miała być i taka była w swych początkach. Miejsce nieco szalone, eksperymentalne, byt odrębny, zupełnie inny niż mała i duża scena statecznego teatru w mieście wojewódzkim. Budząca emocje, prowokująca do pytań. Udało się.
Jeśli czegoś się obawiam, to tylko tego, że przedstawienie w swoich najgłośniejszych i najradośniejszych momentach rozejdzie się w szwach – kiedy publiczność reaguje żywiołowo, trudno się powstrzymać przed dokręcaniem śruby. Ale obym się myliła. Bo teraz Złoty Smok jest przedstawieniem niemal doskonałym. Nie musimy się go wstydzić, ba, powinniśmy być dumni. Życzę mu, żeby było o nim głośno.

niedziela, 22 lutego 2015

Teatralna Kreacja Roku 2014 - ciąg dalszy

Trzy nominacje, trzy spektakle, trzy recenzje.

Nominacja II - Grzegorz Gromek za rolę zakonnika Floté w „Czerwonych nosach” Petera Barnesa.




Nie zgadzam się z tą nominacją. To nie jest dobry spektakl i to nie jest najlepsza w nim kreacja. Rozumiem, że wypadało wybrać chociaż jedną rolę ze sztuki reżyserowanej przez dyrektora teatru, ale czy musiał to być akurat ojciec Floté? Na wyróżnienie znacznie bardziej zasłużyli inni - Marcin Tyrlik, Małgorzata Rydzyńska, Marcin Kiszluk. Grzegorz Gromek zagrał sporo dobrych ról, ta akurat należy do słabszych.


Recenzja była emitowana na antenie Radia Olsztyn w październiku 2014r.

Od kilku lat mam osobistą linijkę teatralną, przykładam ją do każdego oglądanego spektaklu. Jako przyrząd do pomiaru jakości nie jest bardzo precyzyjna, ale odmierza prosto i bezlitośnie. A mierzy czas – nieten płynący obiektywnie, ale czas odczuwalny.
Czerwone Nosy, najnowsza sztuka w olsztyńskim teatrze Jaracza, ciągnęły się tak, jakby nie miały się skończyć. No tak, powiedzą niektórzy, spektakl trzygodzinny, więc nic w tym dziwnego. Ale to tak nie działa – zdarzało mi się i niecierpliwić na jednoaktówkach, i żałować, że sztuka nie trwa kolejnej, choćby czwartej godziny.
Ale nie tym razem.

Krótko mówiąc – nie ubawiłam się setnie.
Janusz Kijowski na stronie internetowej teatru mówi o Czerwonych Nosach, że to montypythonowskie spojrzenie na świat. Nie. Na pewno nie. Czerwonym Nosom znacznie bliżej do komedii dell'arte, która z poczuciem humoru Monty Pythona ma niewiele wspólnego.
Nie powiem, że nic mnie w Czerwonych Nosach nie rozśmieszyło, bo było kilka naprawdę zabawnych, brawurowo zagranych scen, ale... no właśnie, to były tylko sceny. Całość wydała mi się dość męcząca i – jak już powiedziałam – przydługa.

Właściwie wszystkie elementy układanki są atrakcyjne i powinny się składać w równie atrakcyjną całość – dobry tekst Petera Barnesa, przełożony przez mistrza, Stanisława Barańczaka. Sprawdzeni aktorzy, sprawdzony reżyser (to rzecz oczywista), inscenizacja przygotowana z rozmachem i dopracowana w niemal każdym szczególe... brzmi obiecująco, prawda?
Jednak jakoś się nie klei.

Nie klei się, mimo tego – a może właśnie dlatego – że na scenie nie ma ani chwili nudy, cały czas coś się dzieje, scena po scenie miga nam przed oczami. A do tego muzyka, tańce i śpiewy, żarty sypane co i rusz z niemal każdej strony. To naprawdę godne podziwu.
Reżyser Janusz Kijowski za bardzo skupił się na dokręcaniu śrubek tego mechanizmu, zapominając być może, że ważna jest zmiana tempa. Że śmiech rodzi się łatwiej i brzmi szczerzej, jeśli przeplatany jest odrobiną powagi. Czerwone Nosy to przecież historia, która dzieje się w niewesołych czasach, gdzie śmiech miał być lekarstwem na wylewającą się zewsząd potworność. To właśnie po to dobroduszny zakonnik Flote ze zbieraniny nieudaczników tworzy swoją trupę klaunów – chce nieść dobrą nowinę, uczyć, że Bóg jest miłością, że śmiech może być wyznaniem wiary. Linia podziału jest więc prosta – nękani zarazą, przerażeni ludzie, kościół grzmiący o bogu okrutnym i mściwym, a po drugiej stronie oni – wesołkowie Pana Boga, Czerwone Nosy. W olsztyńskiej inscenizacji te granice są zamazane, zamiast powagi i śmiechu otrzymujemy koktajl, w którym znajdzie się wszystko, od wierszyka Antoniego Marianowicza po Conchitę Wurst. To męczące tempo, nie tylko dla aktorów.


Wspominałam o kilku scenach-perełkach, warto więc wymienić kilka nazwisk. Na wielkie brawa, których widzowie nie skąpią, zasługują Dariusz Poleszak i Maciej Mydlak jako dwaj złotnicy. Maciej Mydlak zagrał zresztą dwie rewelacyjne postaci, trudno zapomnieć jego niewidomego żonglera. Bardzo dobrą, pięknie ewoluującą postać stworzył Cezary Ilczyna – ksiądz Toulon. No i jeszcze Marcin Tyrlik jako niemy, mówiący językiem dzwonionym Sonnerie, wymykający się wszystkim ocenom.
Trudno byłoby wymienić każdego, chociaż wszyscy zasłużyli na pochwały, bo naprawdę nie ma na scenie ani jednej postaci, która chociaż na chwilę nie przykułaby uwagi. Każdy ma swoje pięć minut. Ale z tych pięciominutówek nie powstaje niestety spójna całość.


(wszystkie zdjęcia pochodzą ze strony Teatru)

Peter Barnes - Czerwone Nosy

przekład – Stanisław Barańczak
reżyseria – Janusz Kijowski
scenografia i kostiumy – Bogusław Cichocki
muzyka – Marcin Rumiński
przygotowanie wokalne – Maria Rumińska
ruch sceniczny – Tatiana Asmołkowa

obsada:

Grzegorz Gromek - Floté
Cezary Ilczyna - Ksiądz Toulon
Marcin Tyrlik - Sonnerie
Paweł Parczewski - Moncriff/Brodin
Małgorzata Rydzyńska - Ewelina/Małgorzata
Marian Czarkowski - Doktor Antrechau/ Vasques
Radosław Hebal - Bonville/Rochfort
Marcin Kiszluk - Grez/Bigod
Jarosław Borodziuk - Arcybiskup Monselet
Wojciech Rydzio - Viennet/Mistral/Herold Papieski
Aleksandra Kolan - Pani Bonville/Sabina
Grzegorz Jurkiewicz - Scarron/Patris
Anna Lipnicka - Druce/Mamuśka Metz
Dominik Jakubczak - Bembo
Maciej Mydlak - Lefranc/Le Grue
Dariusz Poleszak - Pellico/Frapper
Ewa Pałuska - Kamila/Trędowata II
Marzena Bergmann - Maria/Trędowata I
Agnieszka Giza - Bracia Boutros
Katarzyna Kropidłowska - Bracia Boutros
Artur Steranko - Papież Klemens VI
Julia Chętkowska ( Studium Aktorskie) (gościnnie) - 
Joanna Graczyk (Studium Aktorskie) (gościnnie) - 
Anna Kosik (Studium Aktorskie) (gościnnie) - 
Alicja Piątek (Studium Aktorskie) (gościnnie) - 
Piotr Dębowski (Studium Aktorskie) (gościnnie) - 
Kamil Drężek (Studium Aktorskie) (gościnnie) - 
Jędrzej Fulara (Studium Aktorskie) (gościnnie) - 
Radosław Jamroż (Studium Aktorskie) (gościnnie) - 

piątek, 20 lutego 2015

W mrocznym mrocznym domu

Moje recenzje ukazują się na antenie Radia Olsztyn, w Tygodniku Teatralnym.


Pierwszy raz miałam problem kilka miesięcy temu, przy Czerwonych Nosach, reklamowanych przez teatr jako komedia w stylu Monty Pythona. A prawdy w tym było tyle, ile w reklamie proszku do prania, mającego spierać wszystkie plamy w temperaturach nawet ujemnych.

Tym razem, niczego jak widać nie nauczona, zasiadłam na widowni oczekując - zgodnie z tym, co przeczytałam - thrillera psychologicznego. I znowu spotkała mnie niespodzianka, tym razem znacznie mniej rozczarowująca, bo od thrillerów wolę dramaty psychologiczne, a tym właśnie jest najnowsza propozycja olsztyńskiego teatru.

Uprasza się więc o nie nadużywanie słów, zwłaszcza jeśli nie zna się zbyt dobrze ich znaczenia.

"W mrocznym mrocznym domu" nie jest thrillerem. Nie przeraża w tej opowieści nic, co może się wydarzyć. To, co najstraszniejsze zdarzyło się bowiem wiele lat temu. Teraz przyszła pora, żeby jakoś się z tymi koszmarami rozliczyć.


Na scenie spotykają się dwaj bracia - tak różni od siebie, jak różnić może się tylko rodzeństwo. Wspólne dzieciństwo każdego z nich ukształtowało inaczej, każdy na swój sposób poradził sobie z tym, co ich spotkało. Ale właśnie - czy na pewno sobie poradził? Nic nie jest takie jak nam się zdaje. Starszy brat nie jest tak silny, jak usiłuje pokazać. Młodszy, mimo pozornej słabości, umiejętnie pociąga za sznurki.
"W mrocznym mrocznym domu" to nie jest prosta, przyjemna w odbiorze historia. Sam temat - przemoc i pedofilia - wymaga ostrożności, wyważenia tak, by nie popaść w tanią publicystykę albo jeszcze tańszą sensację. Pod tym względem sztuka została skonstruowana po mistrzowsku, niewiele jest powiedziane wprost, więcej można się domyślić lub przeczuć. A to, co przeczuwamy, przeraża bardziej niż najdosadniejsze opowieści.


Starszy brat, Terry, to bardzo dobra, chyba nawet najlepsza ze wszystkich jakie widziałam, rola Grzegorza Gromka. Porażająca jest przemiana, jaką przechodzi jego bohater. Aktor do tej pory raczej charakterystyczny, pokazuje nam, że dojrzał i że potrafi grać piano, a nie tylko na najmocniejszych tonach. Partnerująca mu w jednej scenie wdzięczna Małgorzata Rydzyńska nie miała szans wybić się na pierwszy plan.
Wojciech Rydzio jako Dew, fenomenalny na początku, nieco dziecinny, niemal roztańczony, budzący uśmiech i współczucie, w ostatniej scenie przeraża chłodem i wyrachowaniem.
Podczas drugiego spektaklu aktor złamał kość śródstopia, więc siłą rzeczy postać Dew musiała się nieco zmienić. Mam nadzieję, że na korzyść - takie utrudnienia bywają ułatwieniem, dodając nowych odcieni.

Wszyscy troje są absolwentami naszego Studium Aktorskiego - to warte podkreślenia, bo jest się czym chwalić.


Neil LaBute - W MROCZNYM MROCZNYM DOMU

Przekład: Grażyna Kania
Reżyseria i opracowanie muzyczne: Natalia Sołtysik
Scenografia: Aniko Kiss
Projekcje: Marta Chyła

obsada:

Grzegorz Gromek - Terry
Wojciech Rydzio - Drew
Małgorzata Rydzyńska - Jennifer

Premiera 14 lutego 2015r.

Wszystkie zdjęcia pochodzą ze strony Teatru (http://teatr.olsztyn.pl).